• Jan Paweł II

    "Wy jesteście młodzi, a papież jest stary i trochę zmęczony. Ale identyfikuje się jeszcze z waszymi oczekiwaniami i nadziejami"
    Jan Paweł II, Podczas Światowych Dni Młodzieży, 28.07.2002

  • Kalendarz

    Co się wydarzy w naszej szkole w grudniu?

  • Piątka

    Do ostatniej chwili z moją silną wiarą w sercu idę spokojnie do wieczności...

  • Kalendarz

    Co się wydarzy w naszej szkole w grudniu?

  • Jan Bosco

    ... Czy jestem blisko czy daleko, zawsze myślę o was. I mam tylko jedno pragnienie, to, by zachować was szczęśliwymi teraz i w wieczności ...

Piątka Poznańska

Pięciu młodych wychowanków oratorium w Poznaniu. Zostali oni zamordowani 24 sierpnia 1942 r. w więzieniu niemieckim, w Dreźnie. Beatyfikowani przez Jana Pawła II w dniu 13 czerwca 1999 r.

 

Działali w konspiracji. Zostali wykryci i oskarżeni o zdradę stanu jako zdrajcy Trzeciej Rzeszy. Oni jednak nikogo nie zdradzili. Uwięziono ich, ponieważ byli centralnymi postaciami w salezjańskim oratorium na Wronieckiej w Poznaniu, byli liderami katolickiej młodzieży. W więzieniu zachowali spokój i niespotykaną pogodę ducha. Pisane przez nich listy z więzienia pokazują głęboką i niezachwianą wiarę każdego z nich, połączoną z miłością do bliźnich i radością serca.

Dzisiaj, po ponad 70 latach, Czesław Józwiak, Edward Kaźmierski, Franciszek Kęsy, Edward Klinik i Jarogniew Wojciechowski, są dla współczesnej młodzieży propozycją obrony wartości życia, godności osoby, oporu wobec nowych fałszywych ideologii: rasizmu, fanatyzmu, absolutyzmu państwa, dyskryminacji, wykorzystywania słabych i biednych, czyli oparcia życia na Bogu, na Jezusie i Jego Ewangelii, jako źródle szczęścia i życia. 

Czesław Jóźwiak

Urodził się 7 września 1919 r. w Łażynie koło Bydgoszczy (Polska). Ojciec Leon był funkcjonariuszem policji śledczej. Z oratorium przy ulicy Wronieckiej związany był już od 10 roku życia. Chociaż wówczas jeszcze nie używano w salezjańskiej terminologii słowa „animator”, to jego postać idealnie oddaje, co kryje się za tym pojęciem. Poczucie odpowiedzialności za innych, szczególnie młodszych było w nim tak naturalne, że w niekwestionowany sposób był autorytetem nie tylko dla chłopców z oratorium, ale również wśród swoich przyjaciół z „piątki”. Cechy przywódcze współgrały w nim z ogromną życzliwością i gotowością niesienia pomocy.

Był prezesem Towarzystwa Niepokalanej, czyli jednej z ówczesnych grup formacyjnych, ale aktywnie udzielał się we wszystkich zajęciach oratoryjnych – organizował zawody sportowe, występował w przedstawieniach, śpiewał w chórze, gromadził wokół siebie młodszych chłopców, by opowiadać im historie z Trylogii Sienkiewicza. Przed wyjazdami na kolonie mamy zwracały się do niego o opiekę nad synami, a chłopcom nakazywały „słuchać się Czesia”.

Uczęszczał do gimnazjum św. Jana Kantego. Zachowane po dziś dzień świadectwa szkolne bezlitośnie zdradzają, że (podobnie jak pozostali z „piątki”) raczej nie był prymusem. Za to jako jedyny należał do harcerstwa. Jemu jednemu też udało się zaciągnąć do wojska podczas kampanii wrześniowej. Po zapadnięciu wyroku kilkakrotnie wyrażał żal, że nie zginął jako żołnierz.

Nie wiemy w jaki sposób zetknął się z konspiracją, ale to on był szefem oddziału Narodowej Organizacji Bojowej, do której zaprzysiągł swoich czterech kolegów z oratorium i trzech towarzyszy kampanii wrześniowej. Podczas przesłuchań przez gestapo, jako przywódca grupy był najbardziej ze wszystkich maltretowany. W kolejnych więzieniach dzielił się ze współwięźniami swoimi głodowymi racjami chleba. Dodawał ducha, często żartował, starał się pocieszać innych, mimo, że zdawał sobie sprawę z powagi własnej sytuacji.

Swą ogromną siłę ducha czerpał z wiary. W jego duchowości nie było nic nadzwyczajnego. Swą świętość zawdzięczał praktykom religijnym, jak częsta spowiedź, Komunia św., nabożeństwo do Wspomożycielki Wiernych.Te zwykłe, salezjańskie „metody” na świętość w Czesławie Jóźwiaku przyniosły plon dojrzałego chrześcijaństwa.

Edward Kaźmierski - „Eda”

To chyba najbardziej barwna postać z „piątki”. Urodził się 1 października 1919 r. Ojciec zmarł gdy Edward miał zaledwie cztery lata. Śmierć obficie zebrała żniwo w rodzinie Kaźmierskich – w wieku trzech lat zmarła jego siostra Zofia, a w szóstym miesiącu życia – Kazimiera. Kolejnym na tej smutnej liście miał być Edward.

Był jedynym synem i miał jeszcze trzy siostry. Matka sama utrzymywała rodzinę ciężko pracując. Aby jej pomóc, w wieku 17 lat przerwał naukę i zaczął pracować najpierw jako „chłopiec na posyłki” w sklepie dekoracyjnym, a później jako pomocnik w warsztacie samochodowym.

Miał duszę artysty. Jego zdolności muzyczne musiały być nieprzeciętne, jeśli bardzo pochlebnie wyraża się o nich sam Stefan Stuligrosz. Grał główne role w przedstawieniach oratoryjnych, komponował i śpiewał w chórze, grał na fortepianie i skrzypcach, pisał pamiętnik, grał w piłkę. Oratorium było dla niego drugim domem. Swoją otwartą osobowością przyciągał młodszych kolegów. Imponowało im też, że zna się na samochodach, a jego obecności towarzyszyły zawsze salwy śmiechu. Opisując w pamiętniku swoją pieszą pielgrzymkę do Częstochowy (odbył ją wraz Czesławem Jóźwiakiem), nie omieszkał wymienić imion wszystkich uroczych dziewcząt, jakie spotkał po drodze. W przeciwieństwie do swojego najbliższego przyjaciela Franciszka Kęsego nigdy nie chciał być księdzem. Modlił się do Maryi Wspomożycielki, by pomogła mu znaleźć towarzyszkę życia.

Po wybuchu wojny wstąpił na ochotnika do wojska, ale nie zdążył założyć munduru. Aresztowany, przesłuchiwany i bity, przez całą więzienną gehennę starał się nie tracić ducha. Przeciwnie, gdzie był Eda i nie groziło to konsekwencjami, tam często było wesoło. W więzieniu na Młyńskiej w Poznaniu polubili go nawet pospolici przestępcy.

W maju 1942 r., coraz bardziej zdając sobie sprawę z tego, co go czeka, odesłał rodzinie większość swoich rzeczy. Napisał wtedy swoje wyznanie wiary: „Jakaż to siła, ta nasza wiara. Są także tacy tutaj, którzy w nic nie wierzą. Jaka dla nich straszna ta niewola. Słychać tam tylko przekleństwa i złorzeczenia. A u tych, co mają silną wiarę spokój, a zamiast przekleństw sama radość. Duch mój jest silny i coraz silniejszy się staje. Nic go już nie załamie, bo go Bóg umocnił. Jestem na wszystko przygotowany, bo wiem, że wszystkim Bóg kieruje, dlatego we wszystkim widzę niepojęte myśli Boże”.

Świętość Edwarda Kaźmierskiego urzeka swoją naturalnością. Jest właśnie taka, o jakiej marzył św. Jan Bosko dla swoich wychowanków. Łączy głęboką wiarę i dojrzałość wyborów życiowych z ogromną spontanicznością i radością życia.

Franciszek Kęsy

Urodził się 13 listopada 1920 r. w Berlinie. W 1921 r. rodzice przyjechali do Poznania. Ojciec pracował w Elektrowni Miejskiej, matka zajmowała się domem i wychowaniem Franciszka, jego trzech braci i siostry. Dom państwa Kęsych był zawsze otwarty dla gości, w tym wielu znajomych Franka.

Często chorował, był delikatny, wrażliwy, ale też bardzo wesoły, a jego szczególną pasją był sport. Chętnie występował w oratoryjnych przedstawieniach. W oratorium był animatorem życia religijnego. Wiara zawsze miała dla niego bardzo duże znaczenie. Codziennie służył do Mszy św. i przystępował do Komunii św., wieczorami odmawiał różaniec. Nie krył, że chce zostać salezjaninem, choroba przeszkodziła jednak mu we wstąpieniu do Niższego Seminarium w Lądzie.

Podczas kampanii wrześniowej podjął nieudaną próbę zaciągnięcia się do polskiej armii. Po powrocie do Poznania dzięki pośrednictwu Czesława Jóźwiaka otrzymał pracę w zakładzie malarskim, gdzie odtąd pracowali razem.

Tak jak pozostali, był torturowany podczas przesłuchań. Ważnym doświadczeniem duchowym był dla niego okres pobytu w więzieniu we Wronkach: We Wronkach siedząc na pojedynce, miałem czas, żeby siebie zgłębić, tam to przyszedłem do porozumienia ze swoją duszą. I tam postanowiłem żyć inaczej, tak jak nakazał nam ksiądz Bosko, żyć tak, aby się Bogu podobać i Jego Matce.

Myliłby się jednak, kto chciałby go widzieć jedynie ze złożonymi rękami. Kęsy obok Kaźmierskiego był jedną z najweselszych osób w oratorium. Urodzony kawalarz, jeszcze na trzy miesiące przed śmiercią w więzieniu w Neuköln w grypsie do Edy pisał: Ja się mego humoru jeszcze nie pozbyłem, jeszcze figle płatam. Raz Jantyszkowi schowałem łyżkę i jedli ze Stefanem jedną. Ponieważ była dolewka, jedli bardzo długo. Edziowi „Bebisiowi” [Klinikowi] poprzestawiałem raz meble i na pokrywie kibla napisałem: „Achtung. Giftgas!” [Uwaga, gaz trujący!] i namalowałem trupią czaszkę.

Do końca zdaje sobie sprawę z własnych słabości. W ostatnim liście do rodziców przeprasza za zło i cieszy się, że może zejść ze świata pojednany z Bogiem w sakramencie pokuty i po przyjęciu Komunii św. Ksiądz Bosko nie wymagał od swoich wychowanków niczego więcej.

Edward Klinik

Urodził się 29 lipca 1919 r. w Bochum. Ojciec Wojciech był ślusarzem. Mama Anna zajmowała się domem. Starsza siostra Maria w 1936 r. wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Jezusa Konającego (Edward odwoził ją do nowicjatu do Pniew). Miał również młodszego brata Henryka, którego skutecznie zachęcił do uczęszczania do oratorium.

Bardzo spokojny, wręcz nieśmiały, dzięki przyjaźniom zawartym w oratorium stał się bardziej otwarty i bezpośredni. Jako jedyny z piątki Edward był uczniem szkoły salezjańskiej. Rodzice, widząc pozytywny wpływ, jaki mają na Edwarda salezjanie, wysłali go do gimnazjum do Oświęcimia, gdzie przebywał w latach 1933-37. Nie od razu jednak zaaklimatyzował się. Według wspomnień siostry, po pierwszym przyjeździe do domu na święta Bożego Narodzenia, nie chciał wracać do Oświęcimia. Z czasem jednak polubił szkołę, został nawet prezesem Sodalicji Mariańskiej i przewodniczącym samorządu uczniowskiego. Po powrocie do Poznania, Edward powrócił także do oratorium i do przyjaciół.

Gestapo aresztowało go w sobotę 21 września 1940 r. O swoim pierwszym przesłuchaniu dwa dni później, napisał: Poniedziałek – pierwsze śledztwo – jeden z najstraszniejszych dni w moim życiu, którego nigdy nie zapomnę. Tak jak u pozostałych kolegów z „piątki” doświadczenie więzienia było dla niego rodzajem rekolekcji. Pisał do siostry Marii: Kiedy Bozia pozwoli, że będę mógł się znowu z Tobą zobaczyć? Lecz jakże inny. Dzisiaj, mając już za sobą duży okres szkoły życiowej, patrzę inaczej na świat, gdyż więzienie bardzo zmienia człowieka. Dla niejednych staje się szkodliwym, dla innych zbawiennym. Ja i moi koledzy możemy powiedzieć, że dla nas jest i będzie tym drugim.

Był najstarszy i najpoważniejszy z „piątki”. Pozorna skrytość, kryła ogromną głębię ducha. Wyrażała się w pokorze i gotowości niesienia pomocy, ale w pełni ujawniła się dopiero w więzieniu, kiedy małomówny dotąd Edward w listach do rodziny i znajomych przelewał na papier całe bogactwo swego wnętrza. Głęboką wiarę zawdzięczał rodzicom, a także salezjańskiemu wychowaniu w poznańskim oratorium i szkole w Oświęcimiu, skąd wyniósł gorące nabożeństwo do Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych.

 

Jarogniew Wojciechowski

Urodzony 5 listopada 1922 r. w Poznaniu był najmłodszy z „piątki”. Mama Jarogniewa była nauczycielką muzyki, osobą wrażliwą, głęboko religijną i słabego zdrowia. Jarogniew był z nią bardzo mocno związany. To jej głównie zawdzięczał swoje chrześcijańskie i patriotyczne wychowanie. Miał starszą siostrę Ludmiłę.

W oratorium na Wronieckiej był ministrantem, grał na fortepianie, na wyjazdach opiekował się młodszymi kolegami. Był chłopcem spokojnym, refleksyjnym i mądrym.

Życie i więzienne losy Wojciechowskiego, nawet w porównaniu z pozostałymi chłopcami z „piątki”, były naznaczone szczególnym krzyżem. Matka wychowywała rodzeństwo samotnie w jednym z listów Jarogniew nazywa ją bohaterką. Ojciec Andrzej był alkoholikiem. Pozostawił rodzinę, gdy chłopiec miał 11 lat, potem w czasie wojny podzielił losy tych poznaniaków, których Niemcy zmusili do wyjazdu z Wielkopolski. Z powodów materialnych, po pierwszym roku nauki, Jarogniew musiał zaprzestać nauki w Gimnazjum im. Adama Mickiewicza.

Podczas aresztowania, nie zdążył przekazać matce pieniędzy na utrzymanie, które miał w kieszeni. Niemiec, który obiecał oddać je nigdy tego nie zrobił. W dzień po jego aresztowaniu, z pracy zwolniona została jego siostra Ludmiła.

W liście do domu, prosząc o modlitwę pisał, że jest bity do nieprzy­tomności. We Wronkch, podobnie jak Edward Klinik, był trzymany w innym skrzydle więzienia niż pozostali. Pech prześladował go także w Berlinie więźniowie byli rozmieszczeni w więzieniach w kolejności alfabetycznej, co spowodowało, że czterech pierwszych (i Gabryel) trafiło do Neuköln, a Wojciechowski do Spandau. Podczas gdy piątka w Neuköln wspólnie świętowała Boże Narodzenie, Jarogniew za śpiewanie kolęd musiał stać po pas w wodzie w karcerze.

Przez rok siostra taiła przed nim fakt śmierci mamy. Dopiero na kilka miesięcy przed egzekucją mógł modlić się za nią jako za zmarłą. Pomimo krzywdy doznanej od ojca, w listach z więzienia pytał o wiadomości o nim. Jarogniew zapewne widział śmierć swoich kolegów. Był ostatnim z „poznańskiej piątki”, na którym 24 sierpnia 1942 r. wykonano wyrok śmierci.

 

LISTY SPOD GILOTYNY

Błogosławiony Czesław Jóźwiak (1919-1942)

Drezno, 24 VIII 1942 r.

Moi Najdrożsi Rodzice, Janko, Bracie Adzio, Józef

 Właśnie dzisiaj, tj. 24, w dzień Maryi Wspomożycielki otrzymałem Wasze listy,

przychodzi mi rozstać się z tym światem. Powiadam Wam, moi drodzy, że z taką

radością schodzę z tego świata, więcej aniżeli miałbym być ułaskawionym. Wiem, że

Maryja Wspomożyciela Wiernych, którą całe życie czciłem, wyjedna mi przebaczenie u

Jezusa.

 Przed chwilą wyspowiadałem się i zaraz przyjmę Komunię świętą do swego serca.

Ksiądz będzie mi błogosławił przy egzekucji. Poza tym mamy tę wielką radość, że

możemy się przed śmiercią wszyscy widzieć. Wszyscy koledzy jesteśmy w jednej celi.

Jest 7.45 wieczorem, o godz. 8.30, tj. pół do dziewiątej zejdę z tego świata. Proszę Was

tylko, nie płaczcie, nie rozpaczajcie, nie przejmujcie się. Bóg tak chciał. Szczególnie

zwracam się to Ciebie, Matusiu Kochana, ofiaruj swój ból Matce Bolesnej, a Ona ukoi

Twe zbolałe serce. Proszę Was bardzo, jeżeli w czym Was obraziłem, odpuśćcie mej

duszy. Ja będę się za Was modlił do Boga o błogosławieństwo i o to, abyśmy kiedyś

razem mogli zobaczyć się w niebie.

 Tutaj składam pocałunki dla każdego z Was.

Do zobaczenia w niebie

Wasz syn i brat Czesław

 

Błogosławiony Edward Kaźmierski (1919-1942)

Drezno, 24 VIII 1942 r.

Moja Najukochańsza Mamusiu i najmilsze siostry!

 Pożegnalny Wasz list odebrałem, za który Wam serdecznie dziękuję i który bardzo

mnie ucieszył, że pogodziliście się z wolą Bożą. 0, dziękujcie Najłaskawszemu Zbawcy,

że nie wziął nas nie-przygotowanych z tego świata, lecz po pokucie, zaopatrzonych

Ciałem Jezusa w Dzień Maryi Wspomożenia Wiernych. 0, dziękujcie Bogu za Jego

niepojęte miłosierdzie. Dał mi spokój. Pogodzony z Jego Przenajświętszą Wolą schodzę

za chwilę z tego świata. Wszak On tak dobry, przebaczy nam.

 Dziękuję Tobie, Mamusiu, za błogosławieństwo. Bóg tak chce. Żąda od Ciebie tej

ofiary. 0, złóż ją, Mamusiu, za mą duszę grzeszną. Przepraszam Was za wszystko z

całego serca. Ciebie, kochana Mamusiu i Was kochane Siostry i Szwagrze. Przepraszam

wszystkich, którym zawiniłem i proszę pokornie o przebaczenie. Proszę o modlitwę,

całuję Cię Najukochańsza, Matusiu, całuję Was najdroższe Marysiu, Helciu, Ulko,

Kaziu, Anielko i Bożenko. Do zobaczenia w niebie!

 Błagam Was, tylko nie płaczcie, bo każdy Wasz płacz nic mi nie pomoże; raczej do

Boga Żegnam wszystkich krewnych, znajomych, kolegów – do zobaczenia w niebie – i

proszę o modlitwę.

 Bóg tak chciał. Niech Was wszystkich ma w swojej opiece Dobry Bóg, Matka Jego

Najświętsza, św. Józef św. Jan Bosko. Do upragnionego zobaczenie w niebie.

Wasz kochający syn i brat Edek

Zostańcie z Bogiem!

 

Błogosławiony Franciszek Kęsy (1920-1942)

Dresden, 24.8.42 r.

Moi Najukochańsi Rodzice i Rodzeństwo

 Nadeszła chwila pożegnania się z Wami i to właśnie w dniu 24 sierpnia, dzień Maryi

W[spomożycielki] W[iernych]. Och, jaka to radość dla mnie, że już odchodzę z tego

świata i to tak, jak powinien umierać każdy. Byłem właśnie przed chwilą u spowiedzi

świętej, za chwilę zostanę posilony Najśw. Sakramentem. Bóg Dobry bierze mnie do

siebie. Nie żałuję, że w tak młodym wieku schodzę z tego świata. Teraz jestem w stanie

łaski, a nie wiem, czy później byłbym wierny mym przyrzeczeniom Bogu oddanym.

Kochani Rodzice i Rodzeństwo, bardzo Was przepraszam raz jeszcze z całego serca za

wszystko złe i żałuję za wszystko z całego serca, przebaczcie mi, idę do nieba. Do

zobaczenia, tam w Niebie będę prosił Boga. Właśnie przyjąłem Najśw. Sakrament.

Módlcie się czasem za mnie. Zostańcie z Bogiem.

Wasz syn Franek. Już idę.

Bardzo przepraszam za wszystko.

 

Błogosławiony Edward Klinik (1919-1942)

Najukochańsi Rodzice! Mamuńciu, Tato, Marysiu, Heńku!

 Dziwne są wyroki Boże, lecz musimy się zawsze z nimi pogodzić, gdyż wszystko to

jest dla dobra naszej duszy. Moi kochani, dziwna jest wola Jezusa, że zabiera mnie już w

tak młodym wieku do siebie, lecz jakże szczęśliwa będzie dla mnie ta chwila, w której

będę miał opuścić tę Ziemię. Jakże mogę się nie cieszyć, że odchodzę do Pana i mojej

Matuchny Najświętszej zaopatrzony Ciałem Jezusa. Do ostatniej chwili Maryja była mi

Matką. Teraz, kiedy Ty, Mamuńciu, nie będziesz mnie miała, weź Jezusa Matko, oto Syn

Twój, Kochana Mamuńciu, dziękuje Tobie serdecznie za ostatnie błogosławieństwo i

modlitwy. Pocztówkę odebrałem. Moi kochani, nie rozpaczajcie nade mną i nie płaczcie,

gdyż ja jestem już z Jezusem i Maryją. Do ostatniej chwili z moją silną wiarą w sercu

idę spokojnie do wieczności, gdyż nie wiadomo, co by mnie tutaj na ziemi czekało. Was

proszę, moi kochani, o modlitwę za moją grzeszną duszę, proszę Was o przebaczenie

mych grzechów młodości. Sciskam Was i całuję z całego serca i z całej duszy. Wasz

zawsze kochający Syn i brat Edzio. Do zobaczenia się w niebie z Matuchną, Jezusem i

św. J. Bosko. Ja zrozumiałem moje życie dokładnie, poznałem powołanie życiowe i

cieszę się, że w niebie się odwdzięczę. Wasz Edziu.

Wszystkich ściska i całuje Edziu.

 

Błogosławiony Jarogniew Wojciechowski (1922-1942)

24 VIII 1942 r.

Najdroższa Liduś!

 Z całego serca dziękuję Wam, tj. Liduś Tobie, Heniowi i Irce, i wszystkim tym, którzy

o mnie raczyli pamiętać w chwilach życia. Poznałem i przejrzałem dokładnie życie

Matusi, Ojca, Twoje i swoje i dlatego jestem pewny, że będziesz się raczej ze mną

cieszyć, a nie rozpaczać, bo dostępuję nadzwyczajnej łaski Bożej i odchodzę poznawszy

gruntowne moją przeszłość, bez najmniejszego żalu. Świat, życie i ludzi również poznałem i dlatego dzisiaj, Kochana, najmilsza Liduś,

bądź pewna, że Ty sama na tej ziemi nie zostajesz. Ja i Mamusia jesteśmy zawsze przy

Tobie. O jedno Cię proszę, uczucia w każdej chwili Twego życia powierzaj tylko

Jezusowi i Maryi, bo u Nich znajdziesz ukojenie. Ludzi nie przeceniaj zbyt w dobrym ani

w złym. Pomyśl, jakie prawdziwe szczęście! Odchodzę zjednoczony z Jezusem przez

Komunię świętą. W tej ostatniej mojej Komunii św. myślę o Tobie i ofiaruję ją za Ciebie i

za siebie z tą nadzieją, że cała nasza rodzina bez wyjątku będzie szczęśliwa tam u Góry.

 Proszę Cię, proś Ojca naszego o przebaczenie wszystkiego, co uczyniłem złego z tym

zapewnieniem, że zawsze go kochałem. W ostatniej chwili przebaczenia i modlitwy

jestem z Tobą stale. Idę już i oczekuję Cię tam w Niebie z Matusią najmilszą.

 Trudno, nie mogę więcej pisać. Módlcie się wszyscy za mnie, a ja odwdzięczę się

Wam wszystkim tam u góry. Jezus, Maryja Józef.

Zawsze kochający Cię brat Jarosz.

Dla wszystkich pozdrowienia i uściski